Księga


Motyl
Tata
Trójca Święta

Przyszły Ojciec

Audioslave
Korn
Papa Roach
Puddle of Mudd
Red Hot Chili Peppers
Soundgarden
System Of A Down The Pixies
Twelve Stones
Kopalnia Tekstów

Edward Norton

Tępmy @nalfabetyzm!



"Too old for this"

AaAaAaaA! Coś naklikałam i teraz nie wiem jak i co. Masakra. Zaczynam się czuć jak Mama K. przy pierwszym kontakcie z myszą komputerową. Strach normalnie jak to wszystko się zmienia. I wcale nie na lepsze psia mać!

Chamiejemy, wiecie? Takie mam przemyślenie na dziś. I to wcale nie gówniarzeria chamieje, a skąd. Ludzie dorośli, elegancko ubrani i w ogóle. A dupę mają wyżej niż srają. Za dużo chyba mam styczności z ludem na poziomie klient - sprzedawca. A! Pardą! Konsultant-sprzedawca łamane na kierownik samozwańczy ;)
Zaczynam się łapać na tym, że mam ochotę trzasnąć całkowicie obcego człowieka. I to łopatą. W głowę. Kilka razy... I patrzeć jak się taki solidaryzuje z chodnikiem w umiejętności bycia płaskim.

A mówili, że im człowiek starszy tym spokojniejszy...

PoSłowie dla Motyla - 19.12.2011 ;)
skomentuj (1)


Won't let them put out my fire!

Ta-Da! Po latach burz i słot powracam oto ja. Wiem wiem nie pierwszy raz, 10 chyba jeśli już numerujemy... Ale nic to, tym razem się uda ;p
Ciekawa jestem kto jeszcze pamięta o tym tworze... Jeśli o mnie chodzi - hasło pasowało dopiero przy 5. podejściu (dobrze, że w ogóle). Czyta to ktoś jeszcze? Nie mój ale tak in general? Pisze ktoś? Moja gwardia pisarska się rozpadła, na placu boju nie pozostał nikt. No, chyba że liczyć mnie niedobitka.

Chyba jestem passe... ;]
skomentuj (1)


Noc jak owoc
         jest tak słodka

Żyję. Odezwę się jak nie będę chora i szare komórki zaczną pracować.
Bo mam chęć i mam plan się reaktywować. Jak bakstrit bojsi :]
skomentuj (1)


Now they run to hunt you down

O Panie! Kto to wymyślił z tym adminowaniem? Masakra jakaś! Toż to się można przestraszyć i zejść na zawał!
Ale nic. Niech im będzie. Mogę i tak.
EKHM. Witam szanownych mych Czytelników nielicznych ale jednak wiernych :] Właśnie żem tak przypadkiem zupełnym odpaliła starego kompa jakąś godzinę temu i się w końcu wziął i włączył łaskawie. I wiecie co? Znalazłam taki fajny folderek [szukałam oczywiście czegoś zupełnie innego, ale to niepotrzebny szczegół], w którym to folderku kilka "ocen" bloga mojego. Nie wiem, czy byłam na tyle sprytna, żeby tylko pozytywne zapisywać, czy nie, jednak miło było stare czasy sobie przypomnieć, kiedy to notki moje wesołe były i się nawet podobały co-po-nie-którym. W przypływie spowodowanego tym faktem umiarkowanego dobrego samopoczucia postanowiłam co-nie-co tu zamieścić, bo jeszcze mi ten twór wezmą i skasują, a tego by przynajmniej jedna osoba nie chciała mianowicie moi. O.
Co do żywota mojego ironią zakrapianego to chyba jednak krótko będzie i zwięźle. Plan był taki, żeby rozśmieszać i poprawiać humor swoimi wypocinami a nie odwrotnie. Hmm... Chyba że zmienić politykę tworzenia i się w emostwora zmienić - będę mogła narzekać ile wlezie, nie? O! I zaciągnę się do Toli czy innego tworu pseudo-muzycznego i będę śpiewać o tym jak mi źle i niedobrze...

Nieeee...

Nie lubię żyletek, to bym się chyba jednak nie nadawała.

Kawę za to lubię. Odkryłam, że kawa naprawdę jest najlepszym przyjacielem człowieka. Nie pies, a już na pewno nie kot. Nawet dwa psy i dwa koty nie zastąpią kawusi pyszniuniej aromatycznej niam. Kawa nie wskakuje mi na plecy i nie ucina sobie drzemki na moim karku; kawa nie próbuje zjeść mi długopisu ani zeszytu; nawet nie próbuje mi przegryźć aorty, czego kot nagminnie dokonać usiłuje. Swoją drogą, to Kot Nowy przebił w posraniu Kota Starego. Fakt - Kot Stary nie ma jednego oka za to ma rozwinięte ADHD w najgroźniejszej formie, jednak Kot Stary zna umiar i reaguje na polecenia [w końcu myśli, że jest psem, przypomnę tylko]. Kot Nowy za to nie zna granic! Na krzyk ani wrzask, ani nawet klapsa w swoje włochate dupsko najzwyczajniej w świecie nie reaguje! Massakra po prostu! Wygląda jak stworzenie kopane prądem z częstotliwością co najmniej raz na minutę i w wieku miesięcy 3 i pół waży -UWAGA- 2,2 kilo! Jednooka jako zwierzę dorosłe waży 3,5 a to już przekroczyło masy połowę nie przekraczając 1/5 wieku! Toż to będzie potwór rasista, który wszystkich jako mały smród już terroryzuje. Nawet tę moją jednooką wariatkę sobie uporządkowała. Nawet psa, który by ją połknąć jednym gryzem mógł. Nawet on zwiewa, gdzie pieprz rośnie, jak się to względnie małe tylko pojawi! A ja się muszę ze swoim biedactwem niepełnosprawnym chować jak przed zarazą coby spokoju trochę mieć... troszeczkę... troszunio...

A spokój by się przydał...
Wiedzieliście, że w starożytnym Rzymie trzeba było 3-krotnie sprzedać syna, żeby się w końcu od niego uwolnić i nie karmić mordy za darmochę? No... A ja muszę wiedzieć...

O, i wcale krótko nie było. Czyżby wracała mi się radość życia i wena względnie twórcza? Byłoby miło :}

skomentuj (3)


These are the days of our lives

Z uwagi na fakt, że ktoś jednak te moje twórczości czytuje i ten ktoś się nawet domaga jakichś nowych informacji z życia mojego, to proszę bardzo. Voila!

Ekhm. A zatem a więc azaliż: sesja mi się skończyła, została zaliczona na sposoby wszelakie, ale jednak zaliczona z piorunującym skutkiem średniej 4.5, z której to średniej jestem dumna strasznie i się którą chełpię i chwalę i chwalić będę. Jestem oficjalnym lekkim piórnikiem :]
Czas wolny został mi w końcu zwrócony i nawet spotkać jakąś znajomą mordę albo i nawet dwie jestem w stanie. Miła odmiana, nie powiem, że nie. Pozostają jednak obowiązki wszelakie domowe do których się jeszcze dodatkowo poza-domowe wpierniczyły, czyli ogrodowe takzwane. Roślinki najróżniejsze próbują mi wyrastać w najdziwniejszych miejscach, miejscach tak dziwnych, że nikt by się nawet tam takich przejawów życia zobaczyć nie spodziewał. Ale one rosną i nawet nie są chwastami, co bym przecież rozpoznała, bo trochę w tym ogrodzie jednak siedziałam przez lata. No, więc to nie chwasty, ale co za krzaczory to Wam nie powiem, bo najzwyczajniej w świecie w tych akurat miejscach nic rosnąć najzwyczajniej prawa nie ma, bo tam nic sadzone/siane nie było. No ale rośnie i to już całkiem konkretne rozmiary osiąga. Jak dorośnie już do tego, bym była w stanie rozpoznać w tym jakąś istotę ziemską, to mi wielki ciężar z serca spadnie, bo najzwyczajniej w świecie mnie do podgryza w dupsko, a tego przecież nie lubimy, nie?
Prócz, rzecz jasna, opiekowania się domkiem moim cudnym i robienia za gosposię trójce dorosłych ludzi... Dorosłych? A właśnie, już wiem co chciałam zakomunikować. Wyobraźnie sobie, moi mili, że Matka Moja Własna, szanowna Mama K. zwana czasem Rodzicielką bądź tworem podobnym, kończy powoli proces cofania się w rozwoju. Autentycznie można by ją było posadzić w wózeczku i wozić, wsadzić raz na jakiś czas do piaskownicy albo dać lizaka i z głowy. Kobieta ta wspaniała leżakuje prawie cały dzień, bawi się z psem leżąc na podłodze [!] i prawie zalewa się łzami, kiedy odmawiam podlania kwiatka "bo-mi-się-nie-chce". A! Muszę jej jeszcze pomagać w wymianie baterii w pilocie, odtransportowywać ją do łóżka, jak zje za wcześnie tabletkę nasenną i zwija się na fotelu w celu przespania całej nocy w tym oto wygodnym miejscu. Muszę jeszcze wieczorkiem każdym przeleźć cały dom w celu pogaszenia świateł, kuchenek, papierosów itp itd, bo to się tli i mi chatę spalić próbuje. A, jeszcze żelazko trzeba raz na jakiś czas sprawdzić, bo też lubi zostać włączone i piromanie uprawia. Eh. Co się dzieje z tymi kobietami?!

Dobrze, że chociaż na Mężczyznę można liczyć [prócz rzecz jasna tego, że raz na jakiś czas wlezie akurat tutaj i łaskawie poczyta i doceni, jaka to ja jestem miła i kochana - nie, wszystko, prócz tego...].

Wesołej przedwczesnej wiosny wszystkim!

skomentuj (3)


Łapcie barana - ona zakochana!

Ekhm. Nowy rok = nowa notka [przymus].
Coś mi ostatnio i czasu, i chęci, i motywacji do pisania brak. Zaczytuję się po uszy same w historiach wszelakiego rodzaju. I nawet, jeśli człowiek to lubi, to ile można przeczytać praw i obowiązków z czasów stricte zamierzchłych, żeby nie zwariować?
Jest jednak dobrze.
Jest lepiej niż dobrze.
Jest kurna fantastycznie :]
Po 280 dniach jestem bardziej zakochana, niż 279 dni temu. Uśmiecham się sama do siebie, jestem słodka i urocza i dobrze mi z tym! Gapcie się na mnie ile chcecie, ludziska; wyzywajcie od młodzieży durnowatej, a ja Was jeszcze za to ucałuję we wszystkie czubki nosa, jakie tylko znajdę! O! W końcu dorosłam do tego, żeby zachowywać się jak zakochany dzieciak!

Nowy rok zaczął się cudownie i taki, zgodnie z przesądami związanymi z tą okazją, będzie cały. Rozespany, wyśniony i marzycielsko cudowny. Oby dla Was był równie fantastyczny!

PoSłowie: Obiecuję się poprawić i treściwiej pisać; w tej chwili jednak nie mogę i tyle. Cieszcie się wraz ze mną!

skomentuj (4)


Adzia!


Jestem! Żyję! I ja! I komp! I świat cały! Mamy się dobrze. Ludzie! Wielki kombak!

Kij czasu mnie nie było, nie? No. Przerwa się należała, ale przerw kres też czasem nastąpić musi. W końcu. Nareszcie.

Kurde mać. Jak to było? Odumiałam się czy jaki grzyb? Nieeee.

Spokojnie... Oddychaj Ruda...

Dobra, już fine.
Do sedna. Zatem azaliż w rzeczy samej: koniec edukacji zaliczyłam. Maturę zaliczyłam. Kilka drzew wracając po pijaku z miejsc wszelakich zaliczyłam. I mam tzw. wolne.
A co się robi, jak się ma wolne? Się pije się. W gronie rzecz jasna przyjaciół. Takich, co to mnie z trawnika zbierają jak mnie mądry jeden pająkiem nastraszy gigantycznym a ja ataku miniastmy dostanę. Takich, co to nad rzeką dupsko owłosione pokazują. Takich, co to do I can be your hero striptiz robią. Żyć nie umierać z takimi, mówię Wam. Życzę takiej bandy wariatów każdemu z Was. Bo warto. Naprawdę warto mieć takich ludzi na własność.
I takich, co to mruczą. I przygrywając na gitarce usypiają. I piwko zimne schłodzone akuratne z piwniczki przyniosą jak się własnych 4 liter nie chce podnosić. I drą ryje nocami całe miasteczko budząc okoliczne. Idź precz, ósme cudo!

Kocham tych ludzi. I wcale się nie boję i nie lękam, że już nie będziemy się widywać. Bo będziemy. Chociażby podczas wakacji. Na działeczce. Na działeczkę. Tak już musi być i nie ma przebacz!

A! Jeszcze jedno – zlokalizowałam przeponę! Już nie drę się niemiłosiernie i nawet Motylica mi pogratulowała, że się śpiewać nauczyłam. Mruuuuuczy :D

[i do tego jeszcze znalazł mnie taki jeden, co to uciekać nie planuje; normalnie idealnie:D]
skomentuj (5)


To już jest koniec. Nie ma już nic.


Dziwnie.
Nie przyjmuję do wiadomości, że już nie będę brała rozpędu z boiska, żeby na 3. piętro się wspiąć w mękach i bólu.
Nie wierzę, że nigdy więcej nie pójdę po kawę wygoniona przez pana M., bo mu dziwnie, jak nie mam kawy.
Nie nie nie.
Nie ma mowy.

To na serio wszystko?
skomentuj (1)


"Kurski jest chodzącym sreberkiem"


A no tak. Bo mowa jest srebrem, a skoro Kurski także, to znaczy, że dużo gada. Obie strony równania się zgadzają [się].

Taka prawda. Myślicie, że Kurski sam z siebie i za darmochę rzucał mięsem? Kaczka wymyśliła, Kaczka nakazała [Kaczka - premier, rzecz jasna, bo to przecie on zawsze walkę o pilota wygrywał], Kurski wykonał rozkaz, naród uwierzył, Donald stracił zaufanie. I tak właśnie powstało Państwo Prawa i Sprawiedliwości.
A 15 tysi to na mój gust nic w stosunku do tego, że Leszek został Prezydentem, a Jaruś Prezesem Rady Ministrów. Kalkulacja jak najbardziej na plus. Przedstiębiorczość to potęga!
skomentuj (2)


Krótka rzecz


Jestem ruda; miejscami tłustawa; nie za piękna; mam piegoplamki; jestem uzależniona od techniki; dużo gadam; praktycznie nonstop gadam; przeklinam jak 3 szewców po pijaku; zawsze muszę wiedzieć najlepiej; lubię się kłócić; kopię/gryzę/szczypię/biję - do wyboru; śmiesznie się ubieram; za szybko jeżdżę; za dużo piję; stanowczo za dużo palę; słucham czerstwej muzyki; czytam czerstwe książki; nigdy nic nie muszę; godzinami siedzę w wannie; mam obsesje; dużo obsesji; ranię; nie żałuję; nie współczuję; udaję, że mnie nic nie rusza; hoduję dziwne zwierzęta; unoszę się honorem; zawsze poprawiam; nie wybaczam; nie uczę się i wyrastam na typową idiotkę;

Weźmiesz mnie do domu i wychowasz na człowieka?
skomentuj (5)


Nie umiem. Odumiałam się. Nic nie poradzę. Próbowałam.
Przepraszam.

---działalność zawieszona---

skomentuj (3)


Jest godzina 00 z minutami 22. Jeśli się nie mylę, zaczął się właśnie 31. grudzień, ostatni dzień 2006 roku, a tym samym 6. noc mojej bezsenności. Brzmi poważnie, nie?
Mam poważne przeczucie, że mój mózg planuje mi psikusa zrobić. Wymęczył mnie przez ten tydzień nieprzespany a wieczorkiem, mniej-więcej ok 22:03 pewnie się weźmie i wyłączy. Specjalnie to zrobi!

Bezsenność nie jest taka zła. W życiu nie miałam tyle czasu na czytanie ;p

Tyle. Basta. Wrócę, jak tylko zacznę myśleć.
skomentuj (1)


Polsko! Narodzie głupi a krnąbrny!

[czuję się jak ksiądz na kazaniu]


Tylko radzę, a radzę dobrze – myśleć. Zastanawiać się nad słowami.

Dupny to nośnik informacji blog, pozwalający jednak dotrzeć do szerszego grona niż na-co-dzień mi dane. Przekaz na dziś: używać głowy do większych celów niż noszenie czapki.

Dajecie się nabierać na zagrywki polityków jak kojot na sposoby złapania strusia. Jak powiedzą, tak jest, zero inwencji własnej i pomyślunku ni krzty.
Pozwalacie wodzić się za nos w podobieństwie pełnym do dzieci.
Wolicie się pośmiać lub ponarzekać, zamiast wziąć się do roboty własnymi ręcyma i łepetynami.
Bo i po co, nie?
A po to, żeby nie musieć się wstydzić.
Chyba że lubicie.

---


I jeszcze raz usłyszę „E, tylko srebro” to zdzielę bez dzień dobry po pysku. Bo już siły nie mam i wkurwiać się zaczynam.
skomentuj (4)


"Niczego nie będzie żal"


Marzonko takie. Jedno, malutkie, tycie takie.
Żeby nie musieć żałować. Wyborów, których teraz dokonuję. Podjętych decyzji.
Żeby móc zapomnieć o popełnionych błędach.
Żeby móc je sobie wybaczyć.

Nie chcę przesrać sobie życie przed rozwinięciem tematu.
skomentuj (3)


Może i dołem konkretnym zapachnie, może i emo z siebie zrobię
ale
moje życie naprawdę wkurwia.

Nie mam pomysłów na to, żeby w końcu było dobrze. Jedno się wyjaśni – w zamian 10 leci. To po kiego grzyba walczyć?

Brak mi już motywacji. Skończyły się zasoby. Kopalnia jest pusta.
skomentuj (4)


Śniły mi się jej złote oczy


Kręte są ścieżki nas prowadzące.

28. lipca roku biężącego Mama K. zobowiązała się odwieźć mnie do pracy. Dzień-jak-co-dzień. Więc po kiego grzyba zaczynam właśnie od tego? A po tego, że los jest zaskakujący. Przejeżdżając obok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku można znaleźć Szczęście.

Szczęście mieszka w moim domu od 15 dni. Zjada ogromne ilości żarcia, włazi na wszystko bez wyjątku i cholernie uczula mi matkę. Skacze, wariuje, gryzie i dokazuje jak sami-wiecie-kto. Szczęście miało… szczęście. Ma szczęście, że żyje.

Nie wiem kim trzeba być, żeby tak skrzywdzić małe, bogu ducha winne stworzenie. Wiem. Skurwysynem trzeba być z krwi i kości – nie bójmy się tego słowa.

Znalazłam 5tygodniową kotkę. Odwodnioną, zapchloną, z wszelakiego rodzaju schorzeniami, które mogą dorwać tak tycią istotkę wyrzuconą na ulicę. I to nie ja jestem wspaniała i cudowna, że ją wzięłam. Wspaniała jest weterynarz, która ją śmierci z objęć wyrwała. Z urlopu kobieta zrezygnowała, byle by ją tylko uratować. Wspaniała jest moja Mama K. – mimo kurewskiego uczulenia na koty wzięła najbardziej chorego przedstawiciela gatunku pod swój dach bez słowa. Bardziej ją interesowało to, czy mała przeżyje, niż to, że przez następnych kilka lat może kichać i prychać na sam jej widok. Wspaniała jest w końcu sama Szczęściara.
Jedno mnie tylko boli – przez jakiegoś totalnego drania, istotę na miano człowieka nie zasługującą, moja kotka straciła oko. Zapalenie spojówek zaatakowało całą gałkę oczną, którą trzeba było usunąć. Łypie na mnie bestia jednym okiem i w tym spojrzeniu widzę, że jej jeszcze mało. Nic jej nigdy nie zniszczy.

Ma 7 tygodni. Tydzień temu przeszła operację. 10 godzin później wisiała zębami na uchu mojego psa, który jest święcie przekonany, że jest jej ojcem. Nie wyprowadzam go z błędu.
6 dni temu Szczęście odkryło wspinaczkę. Od tej pory to jej ulubione zajęcie – wspina się na wszystko i wszystkich. 3 dni temu znalazła dojście do kabli o telewizora – fascynujące. Kapcie zresztą też. Stopy oraz nosy też. Cały świat jej.
A w nocy, jak jej się znudzi zabawa, włazi na łóżko, kładzie mi się przy twarzy i mruczeniem ogłasza swoją wielką miłość do życia.
skomentuj (6)


Z życia małego pracownika.


Wakacje mamy. Znaczy się my, uczniowie wszelakiej maści i rozmiaru, mamy wakacje. Powinniśmy pić, bawić się i swawolić aż głowa mała.
No.
Tymczasem ja, wyobraźcie sobie, pieprzę takie wakacje przeswawolone. Spać do popołudnia, kolację jeść na śniadanie, mózg zlasować do reszty - dziękuję bardzo, nie skorzystam.
A że pomysły mam wybitne i wspaniałe - postanowiłam pracować. Ale nie ot tak sobie godzin kilka przebimbać a potem szaleć. NIE! Jak pracować to pracować. O 5 rano wstawać, o 6 być w pracy - marzenie spełnione! 8 godzin zapieprzu aż miło + 2 w firmie na rozliczeniach wszelakiego rodzaju. Duma rozpiera aż szwy puszczają :]
Ale podoba mi się. Naprawdę. Nie dość, że bawię się srebrem, co przecież uwielbiać trzeba, to jeszcze za całkiem dobrą kasę. Kawa jest pyszna, czasu na żarcie nie ma, wieczorem tak nogi bolą, że uciekać próbują. I o to chodziło!
Jednak to jeszcze nic. Wy sobie nie wyobrażacie z jakimi ja jajcarskimi ludźmi muszę pracować. Niejaki T. przesiaduje godziny całe na kawce [zamiast pracować we własnym sklepie] i mnie ratuje w sytuacjach na froncie polsko – rosyjskim czując się wybawcą. Niejaki J. biega nieprzerwanie, kradnie spryskiwacz parkingowemu i podrzuca nam lub ewentualnie molestuje mentalnie T. żeby „w końcu zostawił dziewczyny i poszedł do siebie”. Niejaki Litwin, nie wiem skąd wiedząc, że Wilno kocham nad życie, swata mnie ze swoim synem studentem ekonomii i zaprasza w jego imieniu z całą rodziną na wczasy. A syn mi daje swoją wizytówkę z wielkim uśmiechem na pysku i idealną angielszczyzną zaprasza serdecznie i oferuje się w roli przewodnika.
I nie żartuję – moje współpracowniczki może i nie [bo to jednak kobiety bardziej wiekowe i poważne ode mnie] ale ja tych ludzi naprawdę lubię :] I szanuję, bo co jak co, ale robota jest wpizdu uśmiertelniająca!
Tyle z frontu. Ewentualnymi ciekawszymi historiami uraczę Was w trybie natychmiastowym.
skomentuj (3)


Na początku była

RUDA

a potem cała reszta


Mieli coś moi kochani na sumieniu. Jednak co babska intuicja, to babska intuicja. Rozbroili mnie normalnie :]
Z rańca samego klasa mnie zaatakowała i przez dzień cały spokoju dać nie chciała ;] Szkoła ogólnie kosztowała mnie ponad 2 kilo cukierków, ale co do ich spożywanych kalorii nie mam obiekcji. Dostałam milion szczerych uścisków, całusów, gratulacji [że dożyłam tak sędziwego wieku chyba], życzeń i bajerów bez liku. Jednym z nich jest Zenek, czyli stwór pluszowy niezidentyfikowanego gatunku, w barwach moich bojowych pomarańczowo - zielonych. I kolczyki - także pomarańczowe. I karciołka jedna wielka z napisami przeróżnymi. A! I koszulina jeszcze! Pomarańczowe to to [no a jakże!] i do uśmiechu zmuszające, bo mnie do Chucka Norrisa legendarnego porównujące.
Ale to nie koniec atrakcji był. Wieczorem mnie pijaństwo wielkie czekało i rzecz jasna się doczekało. Niezliczona ilość piwska i trunków wszelakich z czego kilka na wynos, bo już nie szło tego wypić.
Prócz kolejnych chyłkiem wychylonych butelek, puszek i kubeczków, jestem bogatsza o medalion srebrny, co to na awersie ma chuj-wie-co napisane po egipskiemu, a na rewersie grawerkę, która zapomnieć o darczyńcach nie da. Mam jeszcze litr martini mojego kochanego czerwonego, nietykanego póki co, bo na okazję czeka. I koszulkę rzecz jasna [dwie kobiety wpadły zupełnie oddzielnie na ten sam pomysł - interesujące :]] z tytułem moim własnym, własnoręcznie robionym przez mego adoptowanego ojca - Anetę, z pół nocy pewnie jak nie dłużej.

- Ruda, jedziesz na Kult?
- Nie.
- To ja też nie jadę!

Tak to właśnie moje urodziny wyglądały. Chcieliście - macie. Doceniłam! Też Was kocham :]

- Aneta, kupiłam Ci lizaka. Truskawkowy czy pomarańczowy?
- Truskawkowy.
- Y-y.
- Pomarańczowy.
- Proszę.
skomentuj (9)


Oni coś kombinują...


To pewne. Jak bum-cyk-cyk.
Mają coś na sumieniu moi znajomi Kamienni. Mają za uszami.
Ale ja się rzecz jasna otwarcie nie zastanawiam, otwarcie nic nie podejrzewam. Ale WIEM.

Kombinują coś starzy wariaci. Te spojrzenia, miny te. Coś przerażającego wisi w powietrzu!

Po ostatnich urodzinach moich spodziewam się najgorszego. Wtedy to o mało co żem się nie popłakała rzęsiście i otwarcie. Kto to widział, żeby mnie do takich przejawów człowieczeństwa zmuszać! Antyrama z wielkim zdjęciem do tej pory poprawia mi humor, stojąc na przeciw oczu, zaraz obok monitora. Co jak co, ale pyski owe poprawić humor potrafią :]

A co będzie 7. czerwca bieżącego roku? Hmm... Tym razem, coś tak czuję, na pewno się popłaczę ewentualnie zdejmę kogoś z bekhenda ;]

PoSłowie: Obejrzyjcie „Mechanika”!
skomentuj (4)


Život je vjetar, a čovjek je list


No pogoda to jest piękna, bez dwóch zdań. Nie wiem jak u Was, ale u mnie armagedon jawny. Żeby to jeszcze popadało raz a porządnie - z grzmotami, błyskawicami i wypadaniem z okien. Ale nie! Popada chwil kilka, poczym robi się ślicznie i słonecznie. Człowiek, zachęcony promieniowaniem uv, wyłazi z tej swojej nory zaciemnionej i jak mu nie chluśnie rzęsiście po twarzy, jak mu nie zawieje w miejsca ciepłolubne. Armagedon!

Na domiar złego ja mam na ten przykład masywnie wielką alergię na kij wie co. Kicham, prycham i rozkładam na części pierwsze fiaty126p samym głosem, co to wskazuje mylnie na wspomnienie tygodniowego chańska. Ale nie! To tylko alergia…

Ale to nie wszystko! Przecież macie do czynienia z pechowcem wiosennym nie gorszym od Kaczora Donalda. Komputer mój, wyobraźcie sobie, wziął się i obraził śmiertelnie i współpracy z moją osobą odmówił. Net niet. Jednak nie wziął pod uwagę sprzęt czcigodny, żem uzależniona od pewnych wynalazków, w tym od Internetu. 2 dni próbowałam go nakłonić do działania i o – udało się! Nie uwierzycie, ale znowu pomogło skopanie modemu… Jeszcze tylko powód nie działania aplikacji gg.exe pozostaje tajemnicą. Jak to odkryję – będę mogła umrzeć spokojnie.
skomentuj (2)


A w wiosce Smerfów powódź


Chaos, proszę Państwa. Jeden wielki chaos. Naokoło, wzdłuż i wszerz. Wszędzie chaos!

Cały dom. Całe miasto. Cały dzień.

Najpierw miła niespodziewanka na dobry początek - budzę się, człapię do łazienki, zamykam oczy i, odkręciwszy kran, czekam na orzeźwiającą wodę. Zonk, młody kapitanie. Wody brak. Dobrze, że po 30 sekundach buraczenia się do granic możliwości dostałam sms'a z wieścią, że miasto zostało płynu życiodajnego pozbawione, bo miałam szczerą ochotę iść skopać matkę za nieopłacone rachunki. Miała kobieta szczęście, nie ma co.
W ostatecznym rozrachunku ona spała sobie dalej, a ja zużyłam połowę zapasów mineralki domowej.

Ale na tym nie skończył się bajerancki piątek w wykonaniu by moi.

Zanim dotarłam do miasta, zdążyłam: spóźnić się na autobusy w liczbie dwóch, 3 razy wymknąć się spod kół zabójczych kierowców łikendowych i dostać palpitacji serca na co najmniej kosmicznym poziomie. Dodatkowo czułam na sobie oskarżycielskie spojrzenia połowy współmieszkańców miastowych, jakobym ja była winna całemu zamieszaniu z brakiem wody. Eh. Rudym zawsze się za wszystko dostaje.

---


Przed momentem niedługim skończyłam nowego lay’a na tegoż bloga. Cóż – podoba się czy nie podoba, prawda jest taka, że nie mam serca pozbyć się tego, który jest teraz. Za dni 3 pewnie mi przejdzie, ale póki co, nie mogę. No nie mogę.

A. Jeszcze jedno. W związku ze spostrzeżeniami coraz liczniejszych osobników z mego otoczenia najbliższego – nie, nie dołuję się. Ja się nawet nie smucę z żadnego powodu. Najzwyczajniej w świecie zasłuchałam się na śmierć w solowym Chrisie Cornellu, co to wesolutkich rytmów akurat tym razem nie uprawia. Ale nie ma strachu! Przerzucam się powoli na Dżem z dobrych starych lat. Z pewnością będę weselsza ;]

PoSłowie: Brawo Lordi!
skomentuj (4)


A poza tym wszyscy zdrowi


Dzińdybry. Nie, żeby jakoś wyjątkowo dybry, ale jednak lepszy od tych nidybrych. Ja żyję, mam się po japońsku jako-tako, oddycham i tego typu bajery wykonuję, a z tego wniosek tylko jeden i tylko słuszny - nie umarłam, nie wpadłam pod meteoryt i nie mam ptasiej grypy, której nie przenoszą komary. Fajnie, nie?

Też się cieszę.

Co innego jednak z moją drogą Rodzicielką, która ostatnio prezentuje różne dziwne odchyły od normy, co niepokojącym być może a nawet jest. Między innymi częstuje mnie owa kobieta wspaniała i jedyna w rodzaju swoim [i gatunku też] jabolem, którego to jabola sama kupowałam z moim BratBratem za czasów, kiedy to jeszcze urzędował w naszym Kaczogrodzie. To primo było.
Secundo przedstawia się tak, że owa cudna istota, niewiasta cnotliwa łapie mnie ostatnio za mój fałd brzuszny i z chichem strasznym radzi się odchudzić. Eh. Nie, żeby nie miała racji, ale kurna mać od brzucha to mi wara! Co ja będę w tortillę zwijać, gdzie ja będę portfel chować?

Zero poszanowania dla skromnych uczuć przywiązania!
skomentuj (7)


Optynizmu tchnienie wiosny pełne


Wiosenna depresja mnie dopadła. Akurat teraz, kiedy wszyscy chodzą i wkurwiają swoją radością wszechobecną - akurat teraz ja mam najszczerszą ochotę zwegetować na śmierć. Na dwie śmierci.

Niech mnie ktoś zastrzeli.
skomentuj (5)


WoW I feel good


Jak cholera good. Jak cholera to kwadratu good!

Skończyłam z chorowaniem. Jak na ten kwartał wystarczy. Na 25 dni 17 przeleżanych - osobisty rekord pobity. Tym razem rozłożył mnie katar trąbkowy, a przynajmniej tak to nazwał profesor D. Laryngolog ów, obok umiejętności celnego rozpoznawania u rudego dzieciaka grzmiącego głosem zepsutego traktora choroby dróg oddechowych górnych, ma także inny ekhm talent. Otóż talent ten tyczy się lekarstw mi przypisanych. Lek 1 w składzie ma siarczan pseudoefedryny, maleinian deksbromfeniraminy, skrobię kukurydzianą, poliwinylopirolidon nierozpuszczalny i –uwaga- mydło. Lek 2 – powoduje palpitacje serca nawet na to serce zdrowych. Lek 3 nie pozwala spać więcej niż 8 godzin na dobę.
Jedną cechę miały natomiast wspólną – w czasie ich przyjmowania nie należy spożywać alkoholu.
I weź zdrowiej młody polaku. Zdrowiej do woli.

Pomimo jednak wszystkiego i wszystkich – udało się! Przestałam smarkać, kaszleć i gadam mniej-więcej swoim głosem prywatnym od małego używanym.

Ale nie to rzecz jasna mnie tak cieszy. Raduje mnie fakt, że Bratbrat mój ukochany poszedł po rozum do swojego wielkiego włochatego łba i zamierza wrócić z Londynu do kraju. Do domu. Do rodziny. Do mnie siostry swojej jedynej.
I to mnie cieszy jak cholera.
Jak cholera do kwadratu!

A! I jest 1:1 w play-offach. Olsztyn górą!
skomentuj (6)


Ain’t no sunshine.


Niektórzy ludzie to mają nie-po-kolei. Nie, żebym zaprzeczała, że się do takowych zaliczam, ale jednak. Jednak od ataku serca, udaru i wylewu naraz ledwo udaje mi się uciec, kiedy to spokojnym krokiem łażę sobie po miejscach różnych w Internecie i zachwycając się piękną melodią z winampa lecącą otwieram stronę kolejną, a stamtąd wyskakuje na mnie wielka morda ryczącego dzieciaka. A! Ja się dzieci ustawowych rozmiarów boję, a co dopiero ponadnormalnych. Brr.

Biologia drażni.
Nadal, wciąż i ciągle czuję antypatię do tegoż przedmiotu. I nic nie poradzę. Całą moją miłość szlag jebitny trafił przez nietoperzycę profesurkę.

Życie męczy.
Brak planów, brak dokonań. Ogólnie braki. Tylko na ich brak narzekać nie mogę.
Jawna depresja bezprzyszłościowca.
skomentuj (7)



| designed by T.ygrys |
| powered by blog |